W pierwszym odruchu, na pytanie, czy idziemy na basen, Leo kategorycznie odmówił.
- E-e. Bam!
Ostatecznie jednak, nie dał się długo prosić i ochoczo wsiadł na konia,
z którego spadł w zeszłym tygodniu.
I choć dużym łukiem omijał feralną zjeżdżalnię, zażyczył sobie zjazdu na innej, większej.
Tego, niestety, Leomama musiała mu odmówić (z bólem),
bo zjazd z niej bezwarunkowo kończy się pod wodą.
A wody w tracheo Leomama boi się jak ognia.
![]()
Drodzy Leoblogoczytelnicy!
Spłynął 1%, znacząco zasilając leobudżet operacyjny!
Leostymulator nabiera co raz bardziej realnych kształtów,
a Leorodzina wyobraża sobie już dzień, kiedy zamknięta zostanie Leodziura w szyi,
a respirator zastąpiony zostanie małym zgrabnym nadajnikiem.
Te marzenia możliwe są tylko dzięki Waszej pomocy!
Dziękujemy!!!
Leo, jak zwykle, część czasu na basenie, spędzał na zjeżdżalni.
Leomama asekurowała go przy wejściu po drabince,
następnie przechodziła na drugą stronę, aby złapać go na dole zjazdu -
żeby czasem nie wpadł za głęboko i nie zanurzył sobie szyi, nie zachłysnął się -
ani kropla wody nie ma prawa wpaść do tracheo!
No i stała tak sobie cała zdowolona Leomama, z rozportartymi ramionami,
uśmiechem na twarzy i czekała na syna, gdy nagle syn,
będący na szczycie schodów, pośliznął się i stracił równowagę.
Świat zwolnił i podczas gdy Leo balansował na jednej nodze i machał rękami,
przez głowę Leomamy mknęły myśli - o tym że tracheo nie może się zamoczyć,
o tym, że jak ostatni raz Leo spadł na plecy, to stracił przytomność
i wyłączył oddech na pół godziny, o tym, że nie jest pewna,
czy pamięta ile oddechów na ile ucisków wykonuje się w przypadku reanimacji.
A potem leonoga oderwała się od stopnia...
i Leo runął w dół.
Na plecy.
Woda rozstąpiła się
i Leo zniknął pod powierzchnią.
Z głową, szyją, tracheotomią.
Cały!
W tym momencie wszystko przyspieszyło.
Leomama przeskoczyła nad zjeżdżalnią, wyłowiła dziecko i pomknęła z nim w stronę ssaka.
Nie słyszała żadnych odgłosów krztuszenia się, tylko jakiś cienki głosik powtarzał:
- Bam, Leo bam. Mama, Leo bam!!!!
Dobiegła do celu. Postawiła syna na podłodze.
Odgruzowała spod hałdy ręczników torbę.
Otworzyła pierwszą kieszeń, wyjęła ssaka.
Otworzyła drugą kieszeń, wyjęła cewnik
Otworzyła cewnik, założyła go na ssaka.
Zdjęła z cewnika papier ochronny.
Zdjęła orator z tracheotomii, włożyła cewnik do środka.
Włączyła ssaka i zaczęła odsysać.
Nic.
Ani kropli wody. Nic się nie nalało.
Do jej mózgu dotarł w końcu dopominający się reakcji głos:
- Mama, bam!!! Bam! Bam!
- Tak, Leosiu. Bam. Zrobiłeś bam...
Zdjęcia towarzyszące ostatnim wpisom, mogły wprowadzić Loeblogoczytelników w błąd.
Mogły sugerować, że Leo siedzi w domu, bo jest jesień, bo zimno, bo pada...
Nic podobnego!!!
W Leorodzinie obowiązuje zasada:
Dopóki nie zaatakują ostre mrozy, Leo idzie spacer. Codziennie!
![]()
![]()
![]()
A jak pada, to w ogóle jest najlepiej!
Leo tak szaleje w kałużach, że woda nalewa mu się do kaloszy górą.
![]()
Coś, co na przemian wprawia w osłupienie i zachwyt Leorodziców,
to leogust kulinarny. Jest on prawdopodobnie konsekwencją pracy u podstaw,
gdyż Leorodzice oszczędzili synowi etapu zasłoikowanych, bezsmakowych brei,
przesłodzonych soczków i farbowanych deserków, w zamian oferując to,
co jedli sami. Efekty okazały się piorunujące.
Dziś, gdy Leo ma do wyboru oliwkę i cukierka - sięgnie po oliwkę,
ciasto i ser - wybierze ser, jogurt naturalny i smakowy - rzuci się na naturalny,
croissanta z nutellą i bez - weźmie tego suchego... itd.
Je wszystko, byle nie było za słodkie.
Jeśli już decyduje się na czekoladę, to pod warunkiem, że jest gorzka, najlepiej 80% kakao.
Za to, nie ma nic przeciwko chili, imbirowi, masali, curry. Kocha kapary, szpinak i koperek.
Wszelkie owoce i warzywa - latem na śniadanie pożerał trzy-cztery sztuki pomidorów.
Sery- im bardziej pleśniowe, śmierdzące - tym lepiej.
I to wszystko popija ayranem :P
Październik jest miesiącem AAC.
Augmentative and alternative communication.
Leorodzice długo się jej opierali.
Bo przecież, wiadomo, Leo będzie mówił.
Już zaraz! Za kilka dni zacznie.
Nie wprowadzali migusiów, gestów, piktogramów.
Żeby go zmotywować do mówienia.
Czekali i czekali.
Ćwiczyli i ćwiczyli.
Niestety, wokalizacja postępowała powoli.
Znacznie wolniej od leorozwoju intelektualnnego.
Koniec końców, Leo zaczął wymyślać własne gesty.
Alternatywną alternatywę alternatywy.
W końcu Leorodzice, namawiani przez specjalistki
z Ośrodka Wczesnego Wspomagania, złamali się.
Kupili Leosiowi segregator, zleosiowili go (zdjecie)
i zaczynają wspólnie nowy etap.
Alternatywnej komunikacji.
Będą zbierać i tworzyć piktogramy.
Szkoda czasu, by czekać na słowa.
Niech Leo się już dziś wypowie.
Bo ma do powiedzenia bardzo dużo.
- Halo?
- Dzień dobry. Czy dodzwoniłem się do przychodni XXX?
- Tak. Słucham?
- Chciałbym umówić syna na szczepienie przeciwko grypie.
- Ojeeeej…
- ?!
- A musi pan?
- Yyy.…no tak.
- A nie może pan pójść do niepublicznej przychodni?
- No… nie. A w czym problem?
- Bo my jesteśmy tacy strasznie obłożeni.
- I?
- No trudno się zapisać, nie wiem, czy znajdę termin.
- To może pani sprawdzi.
- Ech (głębokie wzdechnięcie znużonego człowieka)... No dobrze...
* * *
Po sprawdzeniu okazało się, że termin się znalazł.
Od ręki, za 4 dni robocze :-))
Ech…
Gdy tylko Leomama przejeżdża na drugą stronę rzeki,
mija most Siekierkowski, wjeżdża w serpentyny estakad,
to zaczyna dzieć się z nią coś dziwnego.
Pojawia się niepokój. Coś ściska żołądek, coś mdli,
oczy robią się przeszkolone, serce wali mocniej.
Ma ochotę zajechać na pobocze i zapalić papierosa.
33 miesiące temu pokonała tę trase po raz pierwszy,
potem jeździła nią codziennie. Przez długie 4, 5 miesiąca.
I na co dzień już o tamtym czasie nie pamięta.
Nie pielęnuje wspomnień.
Dawno wstała, otrzepała się, poszła dalej, do przodu.
Jest już gdzieindziej.
Ale jej ciało nie zapomniało.
Wystarczy drobne skojarzenie
i każdą komórkę ogarnia obezwładniający, atawistyczny lęk,
że jeszcze kiedyś będzie musiała tam wrócić.
Do Międzylesia.
Niniejszy wpis miał być poświęcony wielkiemu sukcesowi Leorodziców,
którzy w końcu odważyli się TO zrobić!
Przekupili syna nowym łóżkiem dla starszych dzieci i pozbyli się go z sypialni.
(Leosiu, kto jest duży? Kto będzie spał SAM w pokoju?! Brawo, brawo!!!)
Sami sobie sprezentowali kilkumetrową przedłużkę do pulsoksymetru,
który wylądował tuż przy ich łóżku, podczas gdy Leo podłączony do niego
przeniósł się do własnego pokoju.
I było tak pięknie przez ponad dwa tygodnie.
Gdy Leo się odłączał od respiratora Leorodcie gnali do jego pokoju,
ale za to potem wracali do odzyskanego, własnego łóżka.
Niestety jednak, bajka się już skończyła.
Leosiowi znudziła się zabawa w dużego chłopca,
postanowił zakończyć przygodę i kategorycznie zażądał powrotu na swoje (?!) miejsce.
"3 osoby mają być razem" - oznajmił w swoim własnym języku
i Leorodzice nie mieli czelnośći ni odwagi mu odmawiać.
Więc wrócił z wygnania.
Znowu śpią w trójkę,
z dwoma rurami
i z kablem.
Więc w zasadzie tgo wpisu mogłoby nie być,
bo nic się nie zmieniło...







